Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2012

Pięlegnacja dłoni

Krem do rąk to rodzaj kosmetyku, który rzadko używam. Nie wynika to z faktu, że nie muszę, a raczej dla tego, że:

a) nie lubię
b) zapominam.

Jakiś czas temu kupiłam "Kremowe serum odmładzające do rąk" firmy TOŁPA.

 I chociaż jest to pierwszy krem do rąk, który udało mi się zużyć do końca, to nie mam o nim dobrego zdania.  Co do jego właściwości spowalniania procesu starzenia trudno mi się wypowiadać. Natomiast  o nawilżeniu, gładkości czy regeneracji jak najbardziej. Zatem co robi krem TOŁPY? W sumie nic. Skóra jest nawilżona, ale tylko przez moment. Z gładkością raczej nie mam problemów, ale jakiś rewelacyjnych właściwości nie zauważyłam, to samo tyczy się regeneracji. Do tego wolno się wchłania i pozostawia lepką powłoczkę  na skórze czego bardzo nie lubię.

Zawiedziona TOŁPĄ udałam się na poszukiwania kolejnych kremów. Tym sposobem trafiłam na kremy ALDO VANDINI. Kupiłam dwa bo nie mogłam się zdecydować na zapach. Jeden trzymam w domu, drugi w pracy.

Pierwszy z nich to Secrets of Amazonia

Krem ma w sobie masło shea, masło murumuru, ekstrakt z lapacho oraz witaminę E i pantenol. Pięknie pachnie (z racji tych pięknych zapachów kupiłam, aż dwa bo nie mogłam się zdecydować). Ma przyjemną aksamitną konsystencję, świetnie się wchłania, i co dla mnie najważniejsze, nie pozostawia tłustej powłoczki. Ręce po tym kremie faktycznie są gładkie a nawilżenie utrzymuje się bardzo długo. Do tego jest wydajny, niewielka ilość wystarczy do wysmarowania dłoni. Używam go w pracy, gdzie ze względu na specyfikę ręce bardzo szybko mi się przesuszają, a ten krem radzi sobie z tym świetnie.

Drugi to Spirit of India

Ta wersja ma ekstrakt z imbiru (w polskim tłumaczeniu nie wiem czemu piszą że z granata :P) i tamaryndy (Szukając właściwości tego ekstraktu znalazłam głównie informacje o jego zastosowaniu w kuchni, bądź przy farbowaniu tkanin, udało mi się nawet znaleźć polski kosmetyk, który ma w składzie ten wyciąg gdzie wskazywane są jego właściwości łagodzące zmiany trądzikowe. Nie mniej jednak zakładam, że jakieś właściwości pielęgnacyjne odpowiednie dla dłoni musi mieć). Do tego olejek jojoba, masło shea, pantenol i witamina E. 
Mimo, że skład jest inny to moim zdaniem poza zapachem nie różni się niczym od swojego Amazońskiego brata. Zatem nie rozpisując się za nadto powiem, że polecam.

Oba kremy kupiłam w Douglasie za 15 zł/100 ml. Są dostępne również inne wersje : z wanilią i orzechami macadamia, z oliwą z oliwek, z aloesem i białą herbatą, z ekstraktem z pestek winogron.

Jako uzupełnienie swojej pielęgnacji dłoń, raz na jakiś czas (ze względu na postępującą sklerozę), używam maski firmy Bielenda:


Maska ma konsystencję parafiny (zaskakujące prawda :P) i różowy kolor. Pachnie, moim zdaniem, trochę różą. Generalnie jest to całkiem przyjemny dla nosa zapach. Stosuję ją na noc, jak każe producent, w parze z bawełnianymi rękawiczkami. Rano dłonie są gładkie i nawilżone. Wszystko o czym wspomina producent się sprawdza, co nie często się zdarza. Moim zdaniem świetne uzupełnienie codziennej pielęgnacji dłoni a to wszystko za coś ok. 10 zł/75 ml. Może i 75 ml to nie jest dużo, ale produkt jest bardzo wydajny. Brawo dla Bielendy :)

A Wy co polecacie do pielęgnacji dłoni? Gdzieś w gazecie widziałam reklamę peelingów firmy Paloma, któraś z Was stosowała?

wtorek, 28 lutego 2012

Klorane suchy szampon

Jako, że ostatnio zaliczyłam tygodniowy pobyt w szpitalu musiałam zaopatrzyć się w suchy szampon (jakoś wizja korzystania z szpitalnych łazienek nie wydawała mi się zbyt pociągająca). Mój wybór padł na Klorane. Wybrałam wersję z wyciągiem z owsa do włosów normalnych. Jest jeszcze z wyciągiem z pokrzywy dla włosów przetłuszczających się.

Zdjęcie pochodzi ze strony www.ibeauty.pl

Substancją czynną jest mleczko z owsa, które ma właściwości nawilżające, zmiękczające i ochronne. Ponad to ma w sobie substancje, które działając na zasadzie gąbki mają wchłaniać zanieczyszczenia i łój ze skóry głowy. Zostawiając jednocześnie włosy czyste, puszyste i lekkie. Poza tym nadaje się dla alergików.  Tyle od producenta.

I szczerze muszę przyznać, że wszystko co do joty się zgadza. Psikamy włosy, zostawiamy na jakieś dwie minuty, potem szczotkujemy i są jak nowe. Czyste puszyste i lekkie. Moim zdaniem świetny produkt w sytuacjach, w których nie mamy możliwości umyć głowy. Oczywiście nie zastąpi klasycznego mycia, ale w podbramkowych sytuacjach sprawdza się idealnie.

Odkryłam jeszcze jedno jego zastosowanie - jeśli chcesz zobaczyć jak wyglądasz z siwymi włosami to spryskaj się nim obficie i nie wyczesuj :)

Jedyny minus to cena. Ja zapłaciłam 30 zł. Na szczęście jest wydajny więc myślę, że da się przeżyć.

Z czystym sumieniem mogę polecić.

sobota, 11 lutego 2012

NUXE - Creme Nirvanesque

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że mam ten krem już od sierpnia. Zatem chyba już najwyższa pora żeby wyrobić sobie o nim jakieś zdanie. 



Zacznijmy może od rzeczy oczywistych.
Krem jest w standardowym szklanym słoiczku, mieści się tam 50 ml produktu. Słoiczek jak słoiczek, estetyczny chociaż trochę ciężki. Mówiąc szczerze wolę plastik bo zawsze się boję, że któregoś dnia mi ten krem upadnie i się najzwyczajniej w świecie zbije. Chociaż jak widać do tej pory się nie zbił więc może moje obawy są bezpodstawne.
Skoro mamy już oczywistości za sobą przejdźmy do konkretów. A mianowicie obietnic producenta i tego jak to się ma do rzeczywistości (przynajmniej w moim przypadku).

Wspomnę tylko, że mam skórę normalną w kierunku mieszanej, płytko unaczynioną ze skłonnością do alergii i co istotne 25+.

Niestety zagubiłam gdzieś pudełko ze składem, ale producent jest tak miły, że zamieszcza go na stronie - klik.
Mamy tu wyciągi z imperaty cylindrycznej, prawoślazu lekarskiego, ziaren niebieskiego lotosu, szarłatu zwisłego, maku polnego i sporo chemii :D. Mi akurat chemia w kosmetykach nie przeszkadza bo o dziwo przy mojej skłonności do alergii  skóra dobrze ją toleruje, w przeciwieństwie do tzw. naturalnej pielęgnacji.

A teraz co producent pisze o swoim produkcie (opis pochodzi ze strony pl.nuxe.com):

Skuteczność dzięki naturze

Krem przeciw pierwszym zmarszczkom, wygładzający pierwsze drobne zmarszczki mimiczne. Intensywnie wygładzona i zrelaksowana skóra promienieje. Daje uczucie błogiego odprężenia.

Dobrodziejstwo dla mojej skóry

Natychmiast po zastosowaniu preparatu skóra staje się zrelaksowana, odprężona, rozświetlona i bardzo delikatna Następuje znaczna redukcja pierwszych drobnych i głębszych zmarszczek.

Najważniejsze aktywne składniki

Ten krem o innowacyjnej formule roślinnej, opracowanej przez firmę NUXE, znacząco redukuje powierzchnię, długość i liczbę pierwszych zmarszczek. Ma natychmiastowe działanie wygładzające (nasiona lotosu błękitnego i maku, korzeń prawoślazu, acmella, Calmosensine®). Preparat wzbogacony szarłatem i olejkiem różanym z róży piżmowej jest wyjątkowo łagodny dla skóry.
Po jego użyciu moja skóra faktycznie jest miękka i miła w dotyku. Nie mniej jednak nie zauważyłam, żebym miała uczucie "błogiego odprężenia". I szczerze - to myślę, że żaden krem czegoś takiego nie daje bo to chyba nie jest funkcja kremu do twarzy. Odprężenie to może dać ciepła kąpiel albo dobra książka i lody Grycana :). 
Za co mogę dać plusa, to za to, że faktycznie skóra jest rozświetlona a zmarszczki mimiczne mniej widoczne. Nie czarujmy się jednak, krem nie likwiduje już istniejących zmarszczek tylko w jakiś magiczny sposób zmniejsza ich widoczność, ale jest to efekt krótkotrwały. Zresztą, już istniejących zmarszczek, moim zdaniem, nie usunie żaden krem. Bo kremy tzw. anti-aging mają im zapobiegać, o czym zdaje się sporo osób zapomina. "Wyprasować" zmarszczki to można chyba tylko botoksem albo kwasem hialuronowym.  Natomiast czy ten krem zapobiega zmarszczkom - to chyba będę mogła powiedzieć za 10 lat :) na razie żadne nowe nie przybyły.
Dodatkowo nawilża, nie zapycha porów, jest lekki (zastrzegam jednak, że ja mam wersję dla wszystkich typów skóry, a jest jeszcze wersja dla skóry suchej) i wchłania się bardzo szybko nie pozostawiając tłustej powłoczki, czego bardzo nie lubię. Ma miły i nienachalny zapach, chociaż nie jestem w stanie stwierdzić czym pachnie.
Można go używać zarówno na dzień jak i na noc. Sprawdza się pod makijaż, nic się nie roluje.

Jednym słowem mogę go z czystym sumieniem polecić.

niedziela, 6 listopada 2011

Mała rzecz a cieszy

Nie wiem jak Wy, ale ja mam małego bzika na punkcie czystych rąk. Strasznie nie lubię jeśli nie mam gdzie ich umyć. To pewnie rodzaj jakieś lekkiego natręctwa, ale myślę że mało szkodliwego. Dlatego też jak zobaczyłam żel do rąk w The Body Shop to długo się nie zastanawiając postanowiłam go nabyć drogą kupna. Trochę więcej czasu zeszło mi na wyborze zapachu. Dziwnym trafem w tym sklepie zawsze mam taki problem ;p. W efekcie kupiłam aż trzy zapachy: truskawka, mango i różowy grejpfrut. 

Co mi się podoba to konsystencja. Jest żelowa przez co nie rozpływa się od razu na dłoni jak podobny żel z ISANY. Szybko się wchłania (a raczej paruje), nie zostawia lepkiej warstwy, daje uczucie chłodu :) i pięknie pachnie. Do tego zapach utrzymuje się bardzo długo. Ostatnio jak wysmarowałam się truskawką w pracy to wszyscy zastanawiali się kto pije taką dobrą herbatę ;)
Poza tym kosztuje tylko 10 zł za 60 ml i jest bardzo wydajny (isana na 50 ml  i podobną cenę chyba). Więc jeśli lubicie takie gadżety to szczerze polecam :)




wtorek, 25 października 2011

ORIGINS VitaZing i GinZing

Powiedzcie co jest ze mną nie tak, że prawie wszystkie moje kosmetyczne chcice muszę realizować za granicą? Pal licho jak to po sąsiedzku np. w Niemczech, ale z zakupami zza wielkiej kałuży to już trochę większy kłopot. A ponieważ nikt nie lubi kłopotów to staram się wykorzystać każdą nadarzającą się okazję. I tak też było tym razem.
Znajoma mojej siostry jechała do USA w odwiedziny, więc poprosiłam o zrobienie zakupów. Wyposażyłam w dolary i instruktaż co i gdzie ma dla mnie nabyć, i uzbroiłam się w cierpliwość. Kto mnie zna wie, że cierpliwość to nie jest moja mocna strona. Nie mniej jednak zostałam wynagrodzona i oto moje cuda :)

Zapragnęłam VitaZing i GinZing firmy Origins. Słyszałam o tych produktach wiele dobrego na kanałach Pixie2woo, TiffanyD czy naszej rodzimej Katosu. 

Origins to firma, która jak twierdzi na swoich stronach ma na celu (tudzież ma misję - ostatnio wszystkie firmy mają misję - śmieszy mnie to) stworzenie wysokiej jakości naturalnych kosmetyków pielęgnacyjnych. Wiecie, super organicznie i zdrowo :) a do tego nie testowane na zwierzętach. Ponad to ich kosmetyki nie zawierają parabenów, oleju mineralnego i różnych innych chemicznych rzeczy, których nazw nie potrafię nawet wymówić. Generalnie rewelacja. 

Trochę bałam się tej całej natury bo moja skóra o dziwo dobrze się czuje z odrobiną chemii :). Nie straszne mi parabeny czy olej mineralny. Nie mniej jednak, nie byłabym sobą, gdybym nie postanowiła sprawdzić czy te dwa produkty faktycznie są warte grzechu.

Na razie jestem po wstępnych testach i efekt jest więcej niż zadowalający. Jak poużywam trochę dłużej zdam Wam pełną relację :)


VitaZing
GinZing




GinZing


VitaZing

sobota, 22 października 2011

ESTEE LAUDER Idealist Even Skintone Illuminator

Robiąc ostatnio zakupy w Marrionnaud i Douglasie dostałam próbki nowego serum ze stajni Estee Lauder. Zwykle nie używam tych próbek, walają się po kosmetyczce i w ostateczności rozdaję koleżankom. Ponieważ jednak to serum ma w nazwie Illuminator, a jak kocham wszelkiej maści rozświetlacze, postanowiłam wypróbować to cudo.

Zdjęcie pochodzi ze strony www.douglas.pl

Serum ma lekko złotawy kolor z widocznymi opalizującymi drobinkami - nie mylić z brokatem. Pachnie bardzo przyjemnie - trochę cytrusami a trochę frezjami. Jest bardzo lekkie i szybko się wchłania pozostawiając na skórze delikatną otoczkę, która sprawia, że skóra jest jeszcze gładsza w dotyku. Wspaniale rozjaśnia i rozświetla skórę. Co na mojej bladej cerze daje niesamowity efekt (wiecie takiej błyszczącej wampirzej skóry).
Dzięki takim właściwościom rzeczywiście wydaje się, że wszystkie niedoskonałości są mniej widoczne. Świetnie sprawdza się samodzielnie nałożony (jeśli nie potrzebujecie podkładu i nie macie suchej skóry) jak i jako baza pod makijaż. Nie wiem jak jego długofalowe działanie bo używałam go tylko 2 tygodnie, ale mogę stwierdzić, że jest bardzo wydajny. 3 ml starczyły mi na 2 tygodnie używania (ale tylko ranem).Poza tym ma witaminę C - czyli moją ukochaną witaminkę. Niestety raczej nie nawilży - w moim przekonaniu jest to serum raczej dla normalnej i tłustej skóry.

Tak mi przypadł do gustu, że już miałam biec do Douglasa i wtedy pojawił się jedyny minus. Cena - 242 zł za 30 ml, trochę ostudziła mój zapał, ale zaczynam się przekonywać, że taka cena za taką wydajność nie jest jakaś strasznie duża :) (jakoś muszę sobie zracjonalizować ten wydatek ;p). Poza tym zbliżają się święta, może powinnam napisać list do Świętego w końcu byłam grzeczną dziewczynką :)

poniedziałek, 10 października 2011

Aloesowy prezent

Jakiś czas temu moja Siostra z wojaży po Teneryfie przywiozła mi krem z aloesem.


Trochę już poużywałam więc mogę co nieco o nim napisać.

Opakowanie: standardwo plastikowy pojemnik, z osłonką na krem. Nic szałowego, ale w sumie nie jest to istotne. Byle by tylko spełniało swoją funkcję, a to robi, więc nie narzekam.
Pojemność: 250 ml 
Zapach i kolor: pachnie aloesem, zaskoczone prawda :-P ; kolor seledynowy
Konsystencja - lekka, łatwo wchłaniająca się i nie pozostawiająca tłustej powłoczki
Przeznaczenie - wg producenta krem do wszystkiego, można go dać na twarz, można stosować do ciała. Jakoś nie przekonuje mnie stwierdzenie, że jest to krem do wszystkiego (bo jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego) więc stosuję tylko do ciała.
Co ma robić: nawilżać i wygładzać.

Moje zdanie - fajny krem. Robi to co przewidział dla niego producent. Nawilża, wygładza i wydaje mi się, że wspomaga proces gojenia drobnych ranek. Moja skóra po jego stosowaniu wygląda po prostu lepiej. Fajnie pachnie, jest przyjemny w użytkowaniu, szybko się wchłania. 
Jedyny minus jaki widzę to dostępność, bo niestety można go dostać tylko na Teneryfie. Nie widziałam go w żadnych sklepach internetowych.


Skład dla zainteresowanych

środa, 5 października 2011

Mini haul zakupowy - paznokcie

Jakiś czas temu wzięłam udział w zbiorowym zamówieniu na wizażu. Było to na tyle dawno, że już o tym zapomniałam,  tym bardziej więc ucieszyłam się na widok koperty. Niestety nie wszystko doszło, ale może jeszcze się pojawi. Na razie pokazuję te skarby, które już mam w rękach.
Jak tylko poużywam trochę dłużej zdam relację i mam nadzieję, że w weekend uda mi się zrobić swatche lakieru.  Niestety ,o tej porze roku, po powrocie do domu światło już nie jest najlepsze do robienia zdjęć.
I co my tu mamy? Olejek i masło do skórek firmy Cuccio i mój kolejny lakier Essie :). Tym razem jest to Demure Vixen - przy 1 warstwie moim zdaniem nadaje się do frencha, 2 dają już pełne krycie. Zakochałam się w nim.



Skład olejku


Skład masła 



środa, 28 września 2011

Black Head Nose Clay Mask

Swego czasu w internecie na pewnym blogu można było podziwiać (wątpliwej urody) możliwości tej maski. Skuszona jej niesamowitą skutecznością i chęcią wydania wojny moim wągrom postanowiłam nabyć ją drogą kupna na eBayu. Przyleciała do mnie z Korei Południowej i wzbudziła wielką nadzieję.


Niestety szybko nadzieja zamieniła się w rozczarowanie i już Wam piszę dlaczego.

Pierwsze co rzuca się w oczy to nawa "Clay Mask", racja jest to prawdziwy klej :-P. Ciężko to to nałożyć bo klei się do wszystkiego, a zwłaszcza do palca, rzekłabym nawet, że palec mam bardziej obklejony niż nos. Trzeba uważać jaką ilość nakładamy, bo jeśli damy jej za mało to będzie ją ciężko oderwać (a przecież właśnie to odrywanie jest najważniejsze), a jeśli damy za dużo to nie wyschnie i oderwać też się nie da bo będzie się ciągła jak guma. Kiedy już nam się uda określić jaka ilość jest tą ilością odpowiednią nakładamy i czekamy kilka minut aż wyschnie. Następnie należy ją zerwać dość energicznym ruchem. Bałam się, że będzie bolało, ale nie.
Nie boli pewnie dlatego, że nie wyciąga z porów tego co powinna wyciągnąć. Gdybym Wam pokazała zdjecie przed i po nie byloby różnicy (ale wolę Wam tych niesmacznych widokow oszczędzić). Nie wiem co robię nie tak, czy moje pory są jakieś niekomaptybilne czy co, ale ta maska wg mnie nie robi nic. O wiele lepiej sprawdziła się mieszanka mleka i żelatyny, którą podpatrzyłam w filmiku u AgaBil.
Moim zdaniem jest to kosmetyczny bubel, nie polecam.

poniedziałek, 26 września 2011

Balsamo hidratante para labios

Do dziś nie mogę odżałować, że nie zrobiłam zakupów w KIKO, jak tylko miałam okazję. Naiwnie myślałam, że pewnie w każdym innym odwiedzanym przeze mnie mieście, będzie ich sklep. Niestety srodze się rozczarowałam. Nie oznacza to jednak, że nic nie kupiłam. Był to jednak zakup podyktowany koniecznością. 
Ponieważ zapomniałam zabrać w podróż balsam do ust, a miałam z nimi problem, udałam się do apteki. Pani początkowo na moje pytaie o "lip balm" nie skojarzyła o co chodzi, ale język migowy zawsze pomaga ;-). Wyciągnęła jakaś pomadkę z pod lady, ale ja kątem oka zauważyłam Carmex. Tyle o nim słyszałam naYT czy czytałam na blogach, ale jakoś nigdy nie było okazji by kupić, więc stwierdziłam, czemu nie. Okazało się, że jest to ulubiony specyfik do ust Pani farmaceutki :), na migi pokazała mi, że jest on na prawdę skuteczny.



Co tu dużo mówić, Pani farmaceutka miała rację! Pierwsza aplikacja i już ulga. Praktycznie jedno maźnięcie a produkt trzymał się na ustach prawie cały dzień. Jak smarowałam nim usta na wieczór przed snem to rano jeszcze go czułam. Poradził sobie z moim kłopotem w 24h, co dla mnie jest niesamowite. Jedyny minus jaki widzę w tym produkcie to konieczność grzebania paluchem, dlatego następnym razem kupię wersję tubkową. Co może niektórym osobom przeszkadzać? Efekt chłodzenia, wydaje mi się, że zawdzięcza go Mentholowi w składzie.
W Hiszpanii Camex kosztował 5,5 euro.
Na pewno zagości na dłużej w mojej kosmetyczce bo po pierwsze jest strasznie wydajny, a po drugie nawet mój ulubiony balsam Cinique  nie dawał takich efektów.

Skład dla zainteresowanych

Pomimo żółtego koloru na ustach jest bezbarwny

wtorek, 20 września 2011

Co tygryski lubią najbardziej?

No właśnie, co?
Zakupy?
No pewnie, ale nie tylko.
Co może być lepsze od zakupów?
Prezenty, zarówno te które komuś dajemy, jak i te które same dostajemy.
Zatem nie przedłużając pokazuję Wam co ostatnio dostałam.


Z gorącej Grecji przyleciały do mnie żel pod prysznic i masło do ciała greckiej firmy (zaskakujące prawda ;-p) Korres . Większość z Was pewnie już zna tę markę, a jeśli nie to polecam się zapoznać, bo mają bardzo ciekawe kosmetyki naturalne. W Polsce można zakupić ich produkty w Syforze, ale za jakieś kosmiczne pieniądze. O wiele bardziej opłaca się pojechać na wakacje do Grecji :)



Żel ma zapach cytryny z bazylią - bardzo odświeżający, taki jak lubię (czy ja już wspominałam, że lubię cytrynę pod każdą postacią?). Jest wydajny, dobrze się pieni, nie za mało nie za mocno czyli tak akurat. Po umyciu skóra jest gładka i pachnąca. Bardzo mi przypadł do gustu. Jak pojadę do Grecji na pewno się zaopatrzę :)
Masło do ciała zaś ma dość specyficzny zapach. Nie wiem czy tak pachnie guava, ale podoba mi się. Sama nie wiem co mi przypomina. Jednak nie zapach jest tu najważniejszy, ale właściwości masełka. Bardzo podoba mi się opakowanie, bo nie muszę grzebać łapkami jak w masłach TBS. Wyciskam tyle ile potrzebuję. A uwierzcie na prawdę nie potrzeba wiele. 
Guava jest źródłem witaminy C - czyli mojej ulubionej witaminy, która jest silnym antyoksydantem. Podobno ma wspomagać syntezę kolagenu w skórze, ale nie wierzę żeby to masło miało takie właściwości. Do tego masło shea i ekstrakt z pigwy, które mają właściwości wygładzające i nawilżające. Następnie olejki ze słonecznika, awokado i migdałów o właściwościach przywracających skórze elastyczność i gładkość.Czyli jaki widać sama dobroć :). Do tego nie zawierają silikonów i olejów mineralnych.

Testowałam go na poparzonej skórze, a właściwie, na spalonej skórze. Świetnie sobie poradził, przywracając poparzone miejsca do stanu używalności. Bardzo dobrze się wchłania, nawet na zdjęciu widać, że na krawędziach już zaczął ;p. Skóra jest teraz gładka i nie ma śladu po oparzeniu. Jedynym minusem dla mnie jest to, że zostawia tłustą warstewkę. Pewnie wynika to z tego, że jest przeznaczonych do bardzo suchej skóry, zwłaszcza na łokciach, kolanach czy piętach. Dlatego stosuję go na noc, a rano skóra jest gładka jak jedwab. Chętnie bym spróbowała jeszcze figowego i pigwowego, chociaż patrząc po opisie to poza zapachem właściwości mają praktycznie te same :).

Ze swojej strony gorąco polecam produkty Korresa (te które miałam okazję wypróbować) i dziękuję mojej Kuzynce za miły i trafiony prezent :*

Skład

Drapaki twarzowe

Czyli słów kilka o peelingach do twarzy, na punkcie których mam absolutnego hopla. Peeling to dla mnie podstawa pielęgnacji. Chociaż często słyszę od różnej maści kosmetyczek, że jeśli już to w moim przypadku powinnam używać peelingów enzymatycznych (ze względu na naczynka), i tak wiem swoje. Jeśli mam do wyboru peeling mechaniczny i enzymatyczny raczej na pewno wybiorę ten pierwszy.

Aktualnie mam na stanie 2 peelingi mechaniczne (ah ten projekt denko):  Nivea White Extra Cell Repair i Himalaya Herbals Walnut Scrub.

Na pierwszy ogień idzie Himalaya Herbals.
Kupiłam go w aptece internetowej Słonik, jednak obsługa i realizacja zamówienia była przeprowadzona w taki sposób, że raczej odradzam niż polecam zakupy w owej aptece. Zrobicie jak uważacie.
Wracając do tematu, niestety nie pamiętam ile kosztował, ale aktualnie mają na stronie 75 ml za 9 zł, ja mam 150 ml. Opakowanie standardowe, miękka plastikowa tuba, dzięki której łatwo dozować ilość produktu. Na twarz zużywam wielkość małego orzecha włoskiego, co przekłada się na bardzo dobrą wydajność produktu.
Co mówi producent:

Piling z dodatkiem orzecha włoskiego wyjątkowo skutecznie oczyszcza pory i usuwa zaskórniki oraz zanieczyszczenia, których nie usuwa codzienne mycie twarzy.Preparat delikatnie złuszcza martwe komórki naskórka. Zawiera ekstrakt z jabłek - substancję kojąco-antyseptyczną i keratolityczną pomagającą w usuwaniu fragmentów martwego naskórka. Granulat z łupin orzecha włoskiego ściera zanieczyszczenia, usuwa zaskórniki. Olej z kiełków pszenicy jest bogatym źródłem witaminy E. Naturalne składniki zawarte w peelingu oczyszczają, odżywiają i nawilżają skórę, powodując, że staje się gładka i świeża.

Na pewno usuwa zanieczyszczenia, złuszcza martwy naskórek, a po użyciu twarz jest miękka i nawilżona. Tu się wszystko zgadza. Natomiast nie usuwa zaskórników (chyba musiałabym papierem ściernym zetrzeć skórę, żeby usunąć zaskórniki), producenta trochę poniosła fantazja. Może i owszem są mniej widoczne, ale na pewno są. 
Zresztą jeszcze nie spotkałam peelingu, który usuwałby zaskórniki i w takie bajki nie wierzę. Konsystencja dość zwarta z widocznymi i dość sporymi drobinkami. Moim zdaniem pachnie jak Aqua Mirabilis z Lusha, bardzo lubię ten zapach.
Zatem jeśli nie oczekujesz, że zaskórniki będą się zachowywać po tym peelingu niczym Hudini na swoim pokazie, to jest to produkt wart wypróbowania, zwłaszcza że cena jest bardzo przystępna. Minus za dostępność, niestety nie widziałam tych kosmetyków w żadnej drogerii w mojej okolicy.

Skład dla zainteresowanych
Drugi to Nivea White Extra Cell Repair
Przyleciał do mnie jako prezent od koleżanki z azjatyckich wojaży. Jest niedostępny w Polsce bo to produkt na rynek azjatycki, tam gdzie biała skóra jest w cenie :) Opakowanie podobnie jak Himalaya - plastikowa tuba. Wielkość 100 g.
Wg producenta ma pomóc w walce z przetłuszczającą się skórą, rozjaśnić przebarwienia i generalnie rozświetlić skóre, a mikrogranulki peelingujące mają złuszczać naskórek jednocześnie nie pozbawiając skóry jej naturalnej równowagi.
W przypadku mojej mieszanej cery i lekko błyszczącej się strefy T (a właściwie głównie czoła) nie zauważyłam jakiś spektakularnych efektów. Myślę, że przy skórze tłustej też by raczej nie podziałał. Więc walkę z przetłuszczającą się skórą możemy włożyć między bajki.
Czy rozjaśnia przebarwienia? Powiem tak, generalnie rozświetla skórę, nie wiem jak, ale rozświetla. Przez to przebarwienia wydają się rozjaśnione, ale jest to efekt raczej krótkotrwały i regularne stosowanie nic tu nie pomaga. Drobinki są niewidoczne i bardzo drobne,  świetnie radzą sobie z martwym naskórkiem. Do tego jest bardzo wydajny za co należy się plus. Mam go już trochę czasu a dopiero zużyłam połowę.
Minus, jeden ale ogromny - dostępność. Jak wspominałam jest to produkt dedykowany na rynek azjatycki, więc zostaje nam tylko ebay.

Jak tylko zużyję te dwa kupię sobie peeling z wit. C z The Body Shop - miałam próbkę i byłam zachwycona. Niestety cena nie była już tak zachęcająca - bo 65 zł za bodajże 75 ml to nie jest mało.

Skład



Po lewej Himalaya po prawiej Nivea

niedziela, 18 września 2011

Moje zdanie o ....

Suchym olejku oraz mleczku do ciała firmy NUXE , które pokazywałam Wam tutaj.

zdjęcie pochodzi ze strony riviera-para.com


zdjęcia pochodzi ze strony www.dermstore.com
Ja mam wersję mini tych produktów, która była dołączona do kremu. Za całość zapłaciłam 65 zł + wysyłka.
Olejek ma 10 ml a mleczko 15 ml. 
O ile przy olejku ta wielkość pozwala już ocenić produkt to przy mleczku niekoniecznie.

Zacznę może więc od olejku:
Po pierwsze drobinki - dają jakiś efekt tylko na opalonej skórze, więc nie jest to produkt dla bladziochów, na twarzy czy włosach raczej ich sobie nie wyobrażam, więc tam nie stosowałam. Fajnie się mienią w słońcu dając efekt błyszczącej skóry (coś jak wampirza skóra :-P tylko opalona), ale ciężko je zmyć, zwłaszcza z dłoni, a na dodatek lubią migrować na ubrania. Dla mnie to duży minus. Olejek nie nawilża raczej natłuszcza, ale jednocześnie nie zostawia tłustego filmu. Sprawia, że skóra jest jedwabista w dotyku a przy tym się nie klei. I to jest plus. Jednak plusów jest za mało, żebym skusiła się na pełnowymiarowy produkt. Jest to raczej gadżet niż coś co trzeba mieć w swojej łazience. Mnie nie zachwycił.

Co do mleczka, jaki już wspominałam 15 ml to trochę mało, żeby ocenić jego właściwości pielęgnacyjne. 
Na pewno nie jest to mleczko, tylko balsam do ciała - mleczko ma inną konsystencję. Pięknie pachnie, łatwo się wchłania, zostawia skórę nawilżoną i pachnącą. Nie klei się, nie zostawia tłustego filmu. Jednym słowem zapowiada się bardzo fajnie i chętnie wypróbowałabym pełnowymiarowe opakowanie. Trudno mi powiedzieć czy na dłuższą metę poprawiłby kondycję skóry, dlatego może jak wykończę inne mazidła do ciała kupię ten balsam. I wtedy pozwolę sobie na pełna recenzję.

A czy Wy miałyście jakieś doświadczenie z tymi kosmetykami? Jakie jest Wasze zdanie?

sobota, 17 września 2011

SkinFood Lemon Pack

Kolejnym azjatyckim kosmetykiem, który przypadł mi do gustu jest peeling enzymatyczny firmy SkinFood

Kupiłam go na ebayu za ok. 10$ (przesyłka darmowa). Opakowanie to taki plastikowy kubeczek przypominający jogurt czy coś w ten deseń (nawet mi się podoba). 
Jak widać na zdjęciu powyżej opakowanie mieści w sobie 100 gram produktu.\.
Konsystencja przypomina żel z mikrogranulkami. Najpierw delikatnie masuję twarz tym żelem, potem zostawiam na chwilkę a następnie zmywam ciepłą wodą.
Efekt: skóra rozświetlona i miękka, zaczerwienienia zniwelowane.
Jest to bardzo delikatny peeling, który krzywdy nie zrobi. Kolejnym plusem jest jego wydajność, na całą twarz wystarczy odrobina wielkości orzecha włoskiego.
Do tego nie uczula, przynajmniej mnie :-P. Może to głupie, ale podoba mi się jego kolor w opakowaniu.
Całkiem przyjemny w użyciu i moim zdaniem wart wypróbowania, ale raczej na zasadzie zakupów "przy okazji".
Minus to zapach. Na początku bardzo mi się podobał, ale z biegiem czasu coraz bardziej przypominał zapach taniej kostki do WC, a jest to zapach raczej mało pożądany w kosmetykach do twarzy..
W skali od 0 do 5 daję 3.



Dla zainteresowanych skład:

wtorek, 13 września 2011

Beauty Friends ...

czyli koreańskie maski ala Hannibal Lecter :-)

Przy jakiś zakupach z ebaya dostałam jedną czy dwie gratis i przypadły mi na tyle do gustu, że postanowiłam zamówić wszystkie.
Kilku brakuje bo już wykorzystałam

W skład zestawu wchodzą: ziemniak, zielona herbata, cytryna, mleczko pszczele, witaminy, granat, aroma (zapach), aloes, ogórek, koenzym Q10, kolagen, algi, zioła, czerwony żeń-szeń, perła, maliny, fasola mung, owies, arbutyna, pomidor i kiwi. 
Co to jest?
Jak nazwa wskazuje sheet mask - czyli bawełniana maska, którą nakładamy na twarz. Należy uważać przy otwieraniu opakowania bo maska jest dość mocno nasączona i potrafi nabrudzić przy braku ostrożności. Co widać nawet na zdjęciu poniżej.


Maska jest dość sporych rozmiarów w związku z czym trochę niewygodnie się nakłada  bo trzeba ją odpowiednio pozaginać. Nie wiem jak Azjatki, które mają przecież drobne twarze, sobie z tym radzą. Trochę mnie to denerwuje, ale nie na tyle by ich nie używać.


Generalnie pomimo tego, że mają wpisane różne właściwości na opakowaniu,  moim zdaniem wszystkie robią to samo, czyli:

- nawilżają
- wygładzają skórę
- rozświetlają
- łagodzą zaczerwienienia

Jednym słowem twarz jest po nich przyjemna w dotyku i w moim przekonaniu szczęśliwa (ależ to brzmi ;-P). Całkiem fajna rzecz, jednakże ta mnogość rodzajów to w moim odczuciu tylko taki chwyt marketingowy. Zaletą jest też cena bo za 9,68$ można na ebayu kupić aż 15 masek, co jest całkiem przystępną ceną.
Jedyny minus jaki znalazłam to zapach, ale dotyczy to tylko wersji ziemniaczanej - ona na prawdę pachnie ziemniakami. A nie jest to zapach, który chciałabym czuć. Pozostałe pachną dość przyjemnie chociaż nie wiem czym.

Maskę mogę porównać do podobnego produktu z oriflame (Royal Velvet), która miała intensywnie rewitalizować a robiła dokładnie nic. O przepraszam, robiła coś - śmierdziała alkoholem. W porównaniu do tego bubla Beauty Friends to zupełnie inna liga.

Moim zdaniem warte wypróbowania.

sobota, 27 sierpnia 2011

Drapaki

Kosmetykami,  na punkcie których, mam absolutnego bzika są scruby, peelingi, zdieraki, drapaki czy jak chcecie je nazywać. Im mocniejsze tym lepsze. Dlatego też jak tylko zobaczyłam nowość w TK Maxx postanowiłam dać im szansę....



piątek, 26 sierpnia 2011

Myju myju

Czyli o produktach, które używam do mycia twarzy.

Staram się ciągle próbować nowych, ale ponieważ trwa u mnie akcja denko nie będzie nic nowego dopóki nie wykończę tego co mam. Czyli:

 Olay gentle Clensers i Eyude House Happy teatime cleansing foam o zapachu Peach Tea.